Scisłowicz Sylwester - strona na załączniki

Doświadczanie wewnętrznego dobra jako droga do konstruktywnej autokreacji

 

Życie samo w sobie nie jest dobre ani złe,
 jest miejscem na dobro i zło wedle tego czym je zapełnicie
Michel de Montaign
Sylwester Scisłowicz
 
 
 
Doświadczanie wewnętrznego dobra 
jako droga do konstruktywnej autokreacji.*
 
>>>>>>>>>>>>>strona 107
(zielonym kolorem oznaczone są oryginalne numery stron)
 
 
Każdy zastanawiający się nad sensem życia człowiek, a szczególnie filozof, pedagog i psycholog, często podejmował i podejmuje głęboką refleksję na temat dobra. Wiąże się z nią bardzo dużo pytań wśród których do najważniejszych należą: - czym jest dobro a czym jest zło?; -gdzie są granice między nimi?; -jak i czym je mierzyć?; -czy dobro jest kategorią, którą mamy prawo, a może nawet obowiązek, doświadczać już w ciągu życia, czy należy nam się dopiero po pełnym poświęcenia, posłusznym przed ideologicznymi autorytetami, ziemskiemu (ludzkiemu) bytowaniu? Oczywiście w niniejszym głosie nie odpowiem na te pytania, ale postaram się jednak podjąć związane z nimi, ze względów technicznych wielce uproszczone, własne refleksje.
Wewnętrzne dobro jest bardzo różnie pojmowane, czym innym jest dla prawdziwego humanisty, a czym innym dla człowieka kierującego się nade wszystko celami materialnymi. Dla pierwszego jest to odczucie, którego źródłem jest radość doświadczania wszystkiego co się bierze z konstruktywnego na rzecz siebie i innych ludzi życia. Dla drugiego satysfakcja z posiadania m.in. coraz większej ilości coraz droższych przedmiotów materialnych, a także z ekspansywnego rozszerzania zasięgu i siły panowania nad innymi ludźmi.
Między pierwszym, którego dalej nazywał będę skrajnym humanistą, a drugim, nadam mu miano skrajnego materialisty, umieścić
 
>>>>>>>>>>>>>strona 108
 
można wszystkich pozostałych ludzi, których łączy trudne do opisania doświadczanie wewnętrznej przyjemności. Co ważne dzieje się tak niezależnie od tego czy źródłem satysfakcji są osiągnięcia związane z sukcesami ukierunkowanymi na przedmioty czy na podmioty, wszystko rozgrywa się w samym człowieku.
W ciągu ostatnich tysiącleci bardzo wielu filozofów i innych przedstawicieli nauk humanistycznych, głosząc poglądy niepopularne (niepożądane) dla stosującej przebiegłe techniki manipulacyjne totalitarnej władzy, starało się przekazać, iż największa radość człowieka i jego najstraszliwszy dramat niemal zawsze zaczynają się, rozgrywają i kończą w jego wnętrzu, że to czy jego istnienie będzie dobre czy złe najbardziej zależy od niego samego, głównie od tego czy będzie umiał odkryć źródło dobra w samym sobie. Do szczęścia wcale nie musi posiadać drogich przedmiotów ani władzy nad innymi ludźmi (a co za tym idzie często wymuszonego, udawanego uznania), wystarczy że uda mu się odnaleźć sens własnego istnienia. Do podstawowych warunków odnalezienia tego ostatniego jak również do odczuwania wewnętrznego dobra i w konsekwencji przyjemności, należy własna, ściśle związana z wolnością decydowania o sobie, wola. A przecież człowiek jest tym bardziej wolny, im bardziej jest niezależny od przedmiotów, od umniejszających go opinii innych ludzi, od własnych przyzwyczajeń i nawyków, od wielu zastanych, anachronicznych reguł, norm i zasad społeczno- kulturowych. Tak naprawdę jego wolność ograniczać mogą jedynie jego warunki biologiczne (nie może przecież np. żyć bez jedzenia lub mieszkać na księżycu) i pragnienie zachowania wewnętrznej harmonii energetycznej, które nie pozwala mu na realizację i osiąganie własnego dobra kosztem innych ludzi.
Bardzo ważną drogą do permanentnego uzyskiwania poczucia wewnętrznego dobra i wewnętrznej wolności zarazem, jest nie tylko pogłębianie i doskonalenie posiadanych wiadomości, umiejętności i sprawności, ale również uwalnianie się od dotychczasowej wiedzy, a co za tym idzie postaw emocjonalnych, dotyczącej m.in. siebie, innych ludzi, przeszłości, przyszłości i świata w ogóle. To również uwalnianie się od racjonalistycznego, pozytywistycznego przekonania wskazującego, że coś co jest empirycznie potwierdzone jest całkowicie pewne.
Nie tylko na podstawie analizy dużej ilości biografii ludzi ponanadprzeciętnych, ale również na bazie własnej intuicji i wnikliwych ob-
 
>>>>>>>>>>>>>strona 108
 
serwacji oraz doświadczeń życiowych własnych i innych znanych mi ludzi, mam podstawy aby przypuszczać, że im większa jest wolność podmiotu, od wpływów świata, zbudowanego i wciąż reorganizowanego przez ludzi, tym większe jest poczucie jego samoświadomości i samoodpowiedzialności, a także tym większe poczucie doświadczania dobra. Niestety zarówno źródeł jak i istoty tego hipotetycznego zjawiska nie da się sprawdzić pozytywistycznymi, ani żadnymi znanymi nam metodami badawczymi.
Wewnętrzne dobro człowieka, poczucie sensu życia i satysfakcja z niego, mogą płynąć z bardzo wielu źródeł, do najważniejszych z nich należą jego własne dalekosiężne, energochłonne zadania (nie wymagania!), a także doświadczanie wspaniałych, często niezauważalnych przez skrajnych materialistów, przymiotów świata zastanego, takich jak m.in. piękno gwiezdnego nieba, niepowtarzalny czar przyrody w tym niewinny urok otwierających się wiosną pączków kwiatów i liści oraz narkotyczny zapach skoszonej łąki, również fascynujący świat i gatunkowa mądrość dzikich zwierząt, ptaków i owadów. Opisywane dobro płynie również m.in. z czynienia, bez oczekiwania na jakąkolwiek wdzięczność (nawet anonimowo), wartościowych zadań na rzecz innych ludzi. Działanie takie daje bowiem podmiotowi, ważne w jego wszechstronnym rozwoju, coraz większe poczucie sprawstwa przyczyniającego się do doskonalenia wewnętrznej harmonii i działania świata zastanego.
Pragnę wyrazić tutaj przekonanie, że człowiek w imię swojej wolności , niezależnie od tego co jest źródłem jego subiektywnego dobra, o ile nie krzywdzi innych ludzi, ma do tego dobra pełne prawo, niezależnie od miejsca w którym znajduje się na kontinuum „ skrajny humanista- skrajny materialista”. Myślę, że w takim, pozytywnym podmiotowo i społecznie, przypadku nikt nie ma prawa potępiać kogoś tylko dlatego, że zabiega o dobra materialne. Jest całkiem prawdopodobne, że ten ktoś, akceptowany przez innych ludzi, kiedy odczuje ogromne satysfakcje z (czasem nawet przypadkowej) działalności na ich rzecz będzie permanentnie zwiększał ilość swoich prospołecznych zadań. Z uwagi na ograniczoną ilość miejsca nie będę rozwijał tego ostatniego, kontrowersyjnego i trudnego wątku. Postaram się zrobić to przy innej okazji.
Z takiego min. powodu, aby w miarę możliwości móc przemilczeć wszystkie dyskusje toczone przez ostatnich ponad dwa tysiące
 
>>>>>>>>>>>>>strona 110
 
lat, kiedy liczni ludzie, w tym głównie filozofowie, starali się przekazać (niekoniecznie jedynie słuszne) poglądy na temat możliwości doznawania dobra, w tym miejscu zaprezentuję ilustrację opartą na sporze Arystotelesa i jego mistrza Platona. Pierwszy z nich ustosunkowując się do słów swojego nauczyciela powiedział: Jeśli bowiem nawet istnieje jakieś jedno dobro, które może być orzekane o wszystkim co dobre lub co może posiadać byt odrębny samo w sobie, to jasne, że człowiek nie mógłby go osiągnąć przez swoje działanie, ani posiąść i te zaś właśnie cechy musi posiadać to, czego obecnie szukamy.
Platon, podobnie jak jego wielki mistrz Sokrates, inaczej rozumieli dobro niż Arystoteles. Zdecydowanie odrzucali pogląd, że dobro można określić w kategoriach przyjemności. Warto tutaj przypomnieć, że Arystoteles mimo oskarżenia i odrzucenia społecznego za bezbożność, umarł stanowczo pozostając przy swojej wierze i własnych poglądach, a to zupełnie nie zgadzało się z ówczesnym konwencjonalnym poglądem na szczęście. Platon za swoim nauczycielem zajmował w etyce stanowisko bardzo praktyczne. Pytał bowiem:„ jak człowiek powinien żyć, aby osiągnąć szczęście?”. Według niego życie i wszelkie czyny człowieka mogły być jedynie drogą do szczęścia, którym jest pewien stan ducha, wynikający z utrzymywania w harmonii trzech składowych osobowości: mądrości, dawanej przez rozum, odwagi, płynącej ze sfery, gdzie rodzą się ludzkie pasje oraz opanowania, sprawującego władzę nad pożądaniami. Taki stan ducha czynił człowieka sprawiedliwym.
Według Platona taka praworządna i spójna jednostka mogła ukształtować się tylko w sprawiedliwie i harmonijnie rządzonym państwie (sprawiedliwość w państwie jest analogiczna do sprawiedliwości w jednostce). Dlatego jego sposób pojmowania dobra miał konsekwencje dla projektowanej przez niego wizji budowy i zarządzania państwem. Filozof ten uważał, że ponieważ zdecydowana większość ludzi żyła w jaskini ignorancji, nie tylko nie nadawała się do sprawowania rzetelnych rządów w państwie, ale również do głosowania na osoby rządzące. Wprawdzie jednostka musiała decydować sama o sobie, państwem jednak powinni rządzić starannie przygotowani do tego, wolni od egoistycznych pobudek filozofowie, dbający o zachowanie harmonii decydujący o sprawiedliwości jego ustroju. Platon był przeciwnikiem demokracji z obawy nie tylko o to, iż nie oczekiwał, że poglądy tzw. większości mogą być słuszne, ale również dlatego,
 
>>>>>>>>>>>>>strona 111
 
iż miał świadomość jak łatwo odpowiednią mową można zwieść tłumy (doświadczył przecież osobiście jak demagogom udało się nakłonić Ateńczyków, aby skazali na śmierć Sokratesa).
Ignorancję przeciętnych ludzi Platon bardzo obrazowo przedstawił w symbolicznym opisie porównującym życie na ziemi do życia w głębi jaskini, gdzie osoby tam wegetujące, przykute do ścian widzą jedynie cienie tego co prawdziwe, piękne i dające szczęście i nie są w stanie nawet wyobrazić sobie tego jak wszystko to wygląda naprawdę. W ciągu życia tylko nieliczni mogą tego chwilowo doświadczyć, są to „osoby wybrane” spośród wszechstronnie wykształconych, wybitnych filozofów. Platon, kończąc opis wspomnianej jaskini powiedział: Więc jeśli chodzi o to, co mi się zdaje, to zdaje mi się tak, że na szczycie świata myśli świeci idea Dobra i bardzo trudno ją dojrzeć, ale kto ją dojrzy, ten wywnioskuje, że ona jest dla wszystkiego przyczyną wszystkiego, co słuszne i piękne, że w świecie widzialnym pochodzi od niej światło i jego Pan, a w świecie myśli ona panuje i rodzi prawdę i rozum, że musi ja dojrzeć ten, który ma postępować rozumnie w życiu prywatnym lub w publicznym. W tym miejscu niepewność wiedzy o istocie omawianego zjawiska chciałbym zilustrować ponadczasowymi słowami żyjącego w XVI wieku francuskiego filozofa Michela de Montaigne’a, który zwykł twierdzić, w wyniku swoichdoświadczeń życiowych, zapisanych min. w słynnym dziele „Próby”(Essais): Cóż wiem ja? Interesujące jest to, że ta oparta na powątpiewaniu postawa nie prowadziła go do nieufności wobec ludzi, ale przeciwnie - wyzwalała w nim powszechną przychylność i rozwijała sztukę życia opartą na zrozumieniu ludzkich słabości.
Krótka charakterystyka twórczości Platona, którą przedstawiłem powyżej, tylko w niewielkiej mierze oddaje pełnię jego działalności. Do tej pory starałem się zaakcentować tylko najważniejsze, z punktu widzenia celu mojego eseju, fakty.
Uważam, że Arystoteles, który na początku był wiernym uczniem swojego mistrza, po prostu- jak każdy wybitny student- rozwijając a zarazem rewidując jego poglądy zaczął je modyfikować. Przypuszczam, że wynikało to z rozwijania przez niego sztuki, umiejętności i sprawności samodzielnego myślenia, a nade wszystko samodzielnego zadawania nowych i coraz trudniejszych pytań, a następnie prób ich samodzielnego rozwiązywania. Można powiedzieć, że Platon tylko wystawił głowę ze wspomnianej jaskini, natomiast Arystoteles, idąc
 
>>>>>>>>>>>>>strona 112
 
drogą swojego mistrza, wyszedł z niej, dokładniej rozpoznał „prawdziwy świat” i po powrocie, wiedząc znacznie więcej, lepiej go przybliżył „istotom nie wiedzącym”, zastosował przy tym precyzyjniej przemawiający do nich język. Po prostu „nie tylko wzniósł się wyżej i więcej zobaczył” ale był też bardziej komunikatywny od swojego mistrza.
Arystoteles miał prawo nie zgadzać się z Platonem, ponieważ widział świat ludzi z innej perspektywy, a w konsekwencji ujrzał jego niedociągnięcia. Mógł na przykład w swoich wyobrażeniach przyszłości zobaczyć, jako skutek wcielenia idei Platona, państwo niedemokratyczne, kierowane przez wybranych spośród siebie socjopatycznych tyranów, uważających się za mądrzejszych i lepszych od innych, czyniących zło i narzucających wszystkim swoją wolę, takich jakimi stali się m.in. krwawi Rzymianie, bezwzględni ludzie Dżyngis Chana, komuniści Włodzimierza Lenina i Józefa Stalina oraz bezrefleksyjni wykonawcy poleceń Adolfa Hitlera, Osamy bin Ladena i Saddama Husajna.
Drugim, ważnym dla Arystotelesa problemem, trudnym do pogodzenia z realną rzeczywistością podmiotową i społeczną, mogła być zupełna niepraktyczność, nieprzejrzystość i niekomunikatywność stanowiska Platona, na temat dobra, nie dającego wskazówek, jak postępować w zwyczajnych codziennych sytuacjach.
Trzecim, ale najistotniejszym chyba problemem było to, iż nigdy nie można było być pewnym, czy właściwie pojmuje się istotę dobra i zła, czy jest się jeszcze w jaskini czy już poza nią.
Czwartym problemem mogło być powstałe w wyniku posłuszeństwa odgórnej „mądrej władzy”, przywiązujące jedynie wagę do życia po życiu, społeczeństwo składające się ze zgorzkniałych, niezadowolonych z ziemskiej egzystencji, czekających cierpliwie na śmierć, zneurotyzowanych, wegetujących w resentymencie ludzi. Nie od dzisiaj wiadomo, pisał m.in. na ten temat F. Nietzsche, że kiedy resentyment od początku ma dobre warunki rozwoju i zyskuje żyzne racjonalne usprawiedliwienie oraz mocną strukturę, może rozrastać się niczym rak, niszcząc nie tylko organizm, na którym wyrasta, ale i samego siebie.
Krytykując dzieła swojego mistrza Arystoteles starał się stworzyć a następnie zaproponować bardziej praktyczną i wyrazistą koncepcję dobra, które może być doświadczane przez każdego już w ciągu życia i które jest jedną z podstawowych, najwyraźniejszych wartości.
 
>>>>>>>>>>>>>strona 113
 
Tym samym odrzucił Platońską teorie idei oraz skrajnie racjonalistyczne metody poznania, przeciwstawiając im wiedzę opartą przede wszystkim na doświadczaniu wewnętrznym.
Dobro stało się centralnym pojęciem etyki Arystotelesa. W ogromnym, ale raczej uprawnionym uproszczeniu można powiedzieć, że uznał iż człowiek nie może osiągnąć dobra absolutnego, jeżeli nie będzie go doświadczał w ciągu życia ziemskiego. A sama filozofia i nauka w ogóle, mogła pomóc nie tyle w poznaniu przez ludzi dobra, co w jego praktycznym realizowaniu. Arystoteles zrelatywizował bowiem dobro do działania i rozumiał go głównie jako cel, np. dobrem dla przeciętnego człowieka był budowany dom, dla rolnika- plony, dla filozofa- nowe dzieło, a dla stolarza- meble. Nie wszystkie cele są jednak sobie równe, są cele mniejsze i większe jak np. zarobienie środków na ubranie (mały), zbudowanie domu (dużo większy), dobre wychowanie dzieci (znacznie większy), jest także cel ostateczny, do którego inne są tylko środkami. Jest nim dobro najwyższe.
Nie była to już tak bardzo ogólna idea „dobra jako takiego”, jak widział je wcześniej Platon. W koncepcji Arystotelesa suma szczęścia płynącego z satysfakcji realizowania i osiągania celów oraz z motywacji do ich osiągania, pozwalały już w trakcie ziemskiej egzystencji poczuć co jakiś czas, na maleńką chwilkę, przybliżony smak przyszłego najwyższego, wiecznego już dobra i szczęścia. Arystoteles nie traktował jednak szczęścia jako identycznego z przyjemnością ( według niego życie szczęśliwe polegało na poważnym wysiłku, a nie na zabawie), ale przyjemność musiała mu towarzyszyć. Na realistycznie widziane przez niego szczęście składały się zależne od konkretnego człowieka cechy duchowe, które nazwał cnotami.
Arystoteles wierzył, że dobro będące celem poszukiwanym przez człowieka po prostu tkwi w nim samym, a nie - jak twierdził Platon - poza nim. Wyróżnił dwa rodzaje cnót: etyczne, ich celem są wszystkie działania praktyczne oraz dianoetyczne, czyli rozumowe, których głębokim sensem jest możliwie wszechstronne poznanie. Te drugie są ważniejsze - od niemal równie ważnych pierwszych - bowiem tylko działalność zarazem teoretyczna, poszukiwawcza, kontemplacyjna i duchowa mogą dać człowiekowi największą rozkosz. Pierwsze cnoty- etyczne są instynktem dobra połączonym z rozumem, nakazując trzymanie się „złotego środka” między ekstremami. Mówią np., że należy wybrać drogę pośrednią między zuchwalstwem i
 
>>>>>>>>>>>>>strona 114
 
tchórzostwem ( jest nią męstwo) lub że należy unikać rozrzutności i skąpstwa (ale trzeba być szczodrym). Cnoty te wskazują również m.in., że rozkoszom zmysłowym i dążeniu do bogactwa dla rozkoszy oddaje się tylko „ciemny motłoch hołdujący bydlęcemu życiu”. Ludzie o wyższej kulturze dążą do tworzenia lepszego, przyjaznego życia własnego i obywatelskiego.
Człowiek może stać się cnotliwym, a w konsekwencji szczęśliwym i zbliżającym do najwyższego dobra jedynie poprzez swoje proosobiste i prospołeczne zadania. Działając umiarkowanie, staje się umiarkowanym, działając sprawiedliwie staje się sprawiedliwym, postępując odważnie, staje się odważnym. Gdybym chciał nakreślić niektóre modelowe cechy tego człowieka powiedziałbym, iż lubi on poznawać nowe kultury i zwyczaje oraz chętnie wybiera się w nieznane mu miejsca, o ile mniej więcej zna drogi i prawdopodobne bezdroża i o ile wie, że nie jest to zbyt niebezpieczne. Nie tylko na podstawie socjobiologii, ale również genetyki, można przypuszczać że od urodzenia posiada, częściowo upośledzone przez innych ludzi cechy, które chronią go przed działaniami ekstremalnymi. Jeżeli człowiek ten podejmuje ryzyko, nie może być ono w żaden sposób związane z autodestrukcyjnymi lub niszczącymi zarówno jego i innych ludzi działaniami. Nie pozwala mu na to coś, czego do końca nie może, a nawet już nie próbuje zrozumieć, ale gdyby musiał je nazwać, określiłby je jako jako potrzebę posiadania wewnętrznej harmonii energetycznej lub jako sumienie. To ono, nie uśpione lub obudzone, nigdy nie pozwoliło i nie pozwoli mu świadomie krzywdzić ani innych ani siebie, bowiem wie (głęboko czuje), że jest autonomiczną, niepowtarzalną, jedyną w swoim rodzaju jednostką ludzką. Jednak ryzykuje..., ale w granicach „złotego środka”, nie tylko w realnych działaniach, ale również w wyobrażeniach i fantazjach. W tych ostatnich zadaje sobie coraz to nowe pytania, na które szuka odpowiedzi. Kiedy już wydaje mu się, że wie, zdobyte odpowiedzi rodzą jeszcze większą ilość nowych pytań, na które znowu szuka odpowiedzi. Na początku człowiek ten, silnie odczuwający dysonans poznawczy, czuje się niezbyt dobrze z tego powodu, że nie wie tak wiele. Później jednak im więcej wie na ten temat, że jego poszukiwania będą rodziły coraz większe ilości nowych pytań, na które nie zdąży w ciągu życia odpowiedzieć, tym bardziej uświadamia sobie, że doświadczanie życia może być wspaniałym darem, będącym tylko waż-
 
>>>>>>>>>>>>>strona 115
 
nym etapem do czegoś co pozna jeśli go nie zmarnuje. Ma on coraz głębsze przekonanie, że nie będzie ono stracone, chociaż w opinii większości ludzi będzie, jeżeli zrealizuje go zgodnie z własną wolą i z własnym sumieniem. W jego życiu bowiem „wola” odgrywa ogromną rolę. Nie tylko intuicyjnie, ale również w wyniku poznawania życia wie, że to co woli przychodzi mu dużo łatwiej i daje o wiele więcej radości niż to co musi. Wie, że im częściej robi to co płynie z jego wewnętrznych pragnień tym bardziej cieszy się sensem życia i tym bardziej staje się lepszy dla siebie, a w konsekwencji dla innych. Osobiście uważam, że im więcej na świecie będzie kierujących się dbałością o własną harmonię wewnętrzną, wolnych i szczęśliwych w ciągu życia ludzi, tym ten świat będzie lepszy, a chyba tak naprawdę wszystkim osobom dobrej woli powinno na tym zależeć.
W związku m.in. z tym ,co napisałem powyżej, zdecydowanie bliższa jest mi koncepcja dobra stworzona przez Arystotelesa, niż propozycja Platona, Chociaż mogę wyrazić poważne wątpliwości czy pierwsza powstałaby bez drugiej. Chcę przez to wyrazić pogląd, że doceniam wkład Platona w rozwój filozofii, kontaktów międzyludzkich i stosunku człowieka do Boga. Bardzo mi się podoba, ponieważ dużo uzmysławia jego „jaskinia”. W trudny do opisania, ale bardzo wyrazisty sposób, przemawia do mnie jego przekonanie, że ciało jest więzieniem duszy, która trwa po śmierci, a jeśli ktoś popełnia zło, szkodzi przede wszystkim własnej duszy. Czuję też, że w ostatecznym rozrachunku lepiej jest być krzywdzonym aniżeli krzywdzić, kiedy bowiem szkodzimy innym, nie tylko stajemy się podobni do pozostałych krzywdzących ale sami doświadczamy najgłębszych tego skutków.
Nie wyobrażam sobie jednak jak i skąd, ktoś mógłby podjąć taką jak wyżej refleksję w państwie rządzonym przez jedynie mądrych filozofów, przecież np. nawet by nie wiedział, że może samodzielnie myśleć, że coś co wymyślił może być słuszne. W takiej sytuacji ogóle nie wyobrażam sobie jakiejkolwiek radości z życia oraz postępu ludzkości. Czasem zresztą coraz częściej myślę, że każdy z nas rodzi się z określonymi potencjami mogącymi sprawić, aby ten świat chociaż troszkę stał się lepszy, ale „mądrzejsi” w imię swojej „mądrości” unicestwiają to dla umacniania swojej pozycji społecznej, mało prawdopodobne, że nieświadomie - ale tym samym umacniają trwanie ahumanistyczej miernoty. Na szczęście co jakiś czas pojawiają się lepsi od swych mistrzów uczniowie, którzy niejednokrotnie wbrew
 
>>>>>>>>>>>>>strona 116
 
całemu światu głoszą swoje prawdy. Należeli do nich wielcy-bardziej lub mniej prześladowani-tego świata, a wśród nich nie tylko oskarżony o bezbożność i odrzucony Arystoteles, ale i np. potępiany przez wieki Mikołaj Kopernik, okrutnie upokorzony publicznie Galileo Galilei, skazany na śmierć przez spalenie Giordano Bruno oraz wyśmiewani publicznie przez innych naukowców(?) Thomas Edison, Louis Pasteur, Stefan Drzewiecki i Albert Einstein.
Jestem tutaj daleki od akceptacji całości poglądów Arystotelesa, bowiem w jego koncepcji nie wszystko może się podobać, wiem, że np. łatwo dbać o hołdowanie w sobie cnót, kiedy posiada się pieniądze na zaspokajanie codziennych potrzeb. Przykre jest też to, że dla niego wszyscy, którzy nie byli Grekami, byli barbarzyńcami (rasizm?). Nie podoba mi się również fakt, że był męskim i gatunkowym szowinistą, że miał uprzedzenia wiekowe i -jak myślę-podobnie jak Platon miał tendencje elitarystyczne. Otworzył jednak ludziom oczy na przeżywanie, pokazał, że już tu na Ziemi mogą doświadczać wspaniałych emocji, które są wprawdzie prawie niczym, w porównaniu z dobrem najwyższym, ale dzięki nim mogą poznać jego słodki smak. Przede wszystkim dał ludziom możliwość bycia ze sobą i z innymi bez wyimaginowanych ograniczeń przeżywania szczęścia, które wg Platona w ciągu życia im się nie należało.
W obronie powyższych opinii mógłbym postawić wiele argumentów. Najłatwiej jest mi to robić w postaci pytań. W tym miejscu, na zakończenie niniejszego eseju, zadam ich trzy. Po pierwsze, dlaczego mamy bezkrytycznie wierzyć tym, którzy uważają, że mają „patent” na „rację”, kiedy wiemy jak często mylili się nawet wielcy „mędrcy” tego świata? Po drugie, jak można marzyć o czymś, czego się w żaden sposób nie doświadczyło, a zna się jedynie z opowiadań tych, którzy mówią nam – jak np. Platon – że dla własnego dobra do tego czegoś powinniśmy dążyć? Po trzecie, jak można poznać cele i sens życia, zarówno swojego, jak i innych ludzi, bez samodzielnej refleksji, decyzji i doświadczeń, bez płynących z tego, nawet skrajnych emocji?
Na takie pytania starali się odpowiadać filozofowie, należał do nich cytowany na początku Michel de Montaigne, który jako doświadczony życiem pięćdziesięciolatek, po powrocie z długiej i intensywnej podróży po Europie stwierdził, że każdy człowiek ma w sobie całkowitą postać ludzką,
do której może zbliżyć się jedynie przez jak
 
>>>>>>>>>>>>>strona 117
najgłębsze poznawanie i doświadczanie samego siebie, a tym samym przez doświadczanie wewnętrznego dobra, które pozwoli mu być coraz lepszym zarówno dla siebie, innych ludzi, świata jak i wszelkiego istnienia w ogóle.
 
Wybrana bibliografia:
1.       Arystoteles: O cnotach i wadach. W: Pisma różne. Warszawa1978.
2.       Bourke V.J.: Historia etyki. Warszawa 1994.
3.       Legowicz J.: Historia filozofii starożytnej Grecji i Rzymu. Warszawa1973.
4.       Legowicz J.: Zarys historii filozofii. Elementy doksykografii. Warszawa1991.
5.       Montaigne M.: Próby. Warszawa 1917.
6.       Ossowska M.: Podstawy nauki o moralności. Warszawa 1966.
7.       Platon: Państwo. Warszawa 1990.
8.       Tatarkiewicz W.: Historia filozofii. Warszawa 1997.
 
 
 
 
*Źródło:
Sylwester Scisłowicz: Doświadczanie wewnętrznego dobra jako droga do konstruktywnej autokreacji./W:/ T. Aleksander, S. Majewski (red.): Procesy edukacyjne i wychowawcze w dobie przemian. Wyd. WSBiP, Ostrowiec 2004
 
 

S.Scisłowicz
Odwiedziny od 30 października 2008: ---> Licznik => Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=